Bolesław Prus, Słówko o krytyce pozytywnej (fr.)*

II

Gdyby p. Ś. był pozytywistą, w takim razie odkrywszy przykład we mnie "humor", powinien by najprzód objaśnić: co to jest humor, a następnie wytłumaczyć, na czym ten humor polega w moich pracach?

Czy jednak p. Ś. daje jakieś określenie "humoru"?...Gdzież tam!

Na str. 392 "Prawdy" "przynależytością humoru" jest "zdrowy rozsądek, który odbija każdą śmieszność" i "wyławia pozorne i rzeczywiste głupstwa ze świata". Na Str. 393: umysł "humorysty zatrzymuje się tylko na krańcach przeciwległych, nigdy we środku (?!)". Na str. 404: "przez dziwne ukształtowanie źrenic oczu (humorysty) świat przedstawia się w karykaturze i ukazuje śmieszne rysy nawet tam, gdzie najbystrzejsze oko dostrzega tylko powagę". I tak dalej.

Czy to ma być definicją "humoru" sformułowaną przez krytyka pozytywistę? Nie, to jest błąkanie się dyletanta w sferze, której nie rozumie.

A dalej: jakim sposobem Prus, który będąc młodym chłopakiem wychował się na matematyce i naukach przyrodniczych, który następnie przez kilka lat próbował stosować matematykę do logiki, który wprawiał się w sztukę pisania tworząc "wykład logiki popularnej", jakim sposobem tego typu umysł mógł wyrosnąć na człowieka, który widzi "świat tylko w karykaturze", a w sądzeniu rzeczy "zatrzymuje się tylko na krańcach, nigdy we środku?"

Jest to tajemnica humoru, odpowiedziałby krytyk idealista. Nie, jest to tajemnica niejasnego widzenia rzeczy i chaotycznych definicji.

W prawidłowym biegu zjawisk natury i codziennego życia na umysł ludzki najsilniej działają niespodzianki. Przestraszamy się, gdy w zimie uderzy piorun, gniewamy się, gdy podczas spaceru na ulicy wyleją nam na głowę kubeł wody, dziwimy się, jeżeli w dzień zrobi się nagle ciemno albo w nocy jasno.

Lecz jeżeli zegar wskazując godzinę czwartą wybije dziesiątą, jeżeli kubeł wody wyleją na głowę naszemu zadumanemu przyjacielowi, jeżeli na głos dzwonka w przedpokoju na środek pokoju wytoczy się z kąta fotel, pod którym siedział ukryty piesek, wówczas ludzie weselsi wybuchają śmiechem.

Niespodzianka "niewinna" – to jest taka, która nas osobiście nie boli, nie przestrasza, nie dziwi i nie gniewa – niespodzianka "niewinna" pobudza ludzi do śmiechu i nazywa się rzeczą zabawną, komiczną itd.

Rzeczy zabawne czy komiczne wytwarza nie tylko natura, ale i ludzki umysł. Zabawne zaś produkcje umysłowe podzielić można na dwie klasy, w tym tylko podobne między sobą, że mogą wywołać śmiech, ale... pod każdym innym względem różne. Są nimi: 1-o dowcip, który jest utworem fantazji, 2-o humor, który wynika z obserwacji.

O dowcipie można by napisać tom, o humorze dwa tomy; w tym miejscu wymienimy tylko zasadnicze cechy obu.

Dowcip najgłębszy jest taką kombinacją pojęć, w której za pozorną niedorzecznością kryje się trafne spostrzeżenie. Diogenes*, wchodząc do małej mieściny posiadającej ogromną bramę, zawołał: "Obywatele! zamknijcie bramę, bo wam przez nią miasto ucieknie..." O Vaucansonie*, genialnym budowniczym automatów, który sam był sztywnym, niezgrabnym i milczącym, jedna z dam francuskich powiedziała: "Vaucanson wygląda tak, jakby sam siebie zrobił".

Ani miasto nie może "uciec", ani człowiek "zrobić samego siebie"; są to więc niedorzeczności, poza którymi jednak kryje się trafne spostrzeżenie.

W pierwszym wypadku to, że jakieś miasteczko miało zbyt wielką bramę, w drugim to, że Vaucanson sam był podobny do automatów, które wyrabiał.

Bardzo wiele może być gatunków dowcipu: każdy z nich jest przede wszystkim produktem twórczej fantazji. Dlatego dowcip może być nawet karykaturą, może przewracać świat do góry nogami i mimo to podobać się. Podziwiamy w nim nie tyle jakiś zewnętrzny fakt, ile nadzwyczajną zwrotność definiującego umysłu. Człowiek dowcipny jest tym w sferze ducha, czym gimnastyk, fechmistrz lub wyborny jeździec w życiu codziennym. W jednym i drugim podziwiamy nie to, co robi, ale siłę, zręczność i dokładność ruchu.

Zupełnie czym innym jest humor, który polega nie na tworzeniu kombinacji fantastycznych, nie na grze wyrazów, ale na sumiennym oglądaniu rzeczy co najmniej z dwu stron: dobrej i złej, małej i wielkiej, ciemnej i jasnej. Dla optymisty każdy człowiek jest "porządny", dla pesymisty każdy człowiek jest "podejrzany"; humorysta zaś, który bada ludzi wszechstronnie, w każdym człowieku widzi coś porządnego i coś łajdackiego.

Napoleon I był naczyniem zadziwiających sprzeczności. Miał 40 uderzeń pulsu na minutę i ze 40 kochanek w ciągu roku; w największym niebezpieczeństwie nie tracił zimnej krwi, ale dostawał spazmów w objęciach kobiet. Myślał tak dokładnie jak najdoskonalsza machina rachunkowa, ale tak nagle przeskakiwał od przedmiotu do przedmiotu, że niekiedy robił wrażenie wariata. Kiedy jeszcze był porucznikiem, czepiły go się tulońskie parchy, lecz gdy został naczelnym wodzem, uciekała przed nim nawet dżuma egipska.

W czasie kampanii włoskiej całe korpusy przerzucał przez Alpy, a w czasie konsulatu grywał w "skaczącego barana"; przy czym on sam i jego jenerałowie kolejno pełnili funkcję albo baranów, albo owiec. Nadzwyczajny ten geniusz, który był zdolnym wykonywać pracę umysłową za czterech ludzi, lubił w chwilach wolnych śpiewać dwuznaczne piosenki szkaradnym tenorem, zerkając z boku, jakie też wrażenie na słuchaczach robi jego piękny głos? Wyobrażał sobie, że jest śpiewakiem, jak pewien bardzo dowcipny paradoksista wyobraża sobie, że jest pozytywnym krytykiem*.

W powyższej charakterystyce wielkiego wojownika nie ma ani "karykatury", ani "śmieszności" i jest tylko zarejestrowanie wielostronnych i całkiem prawdziwych spostrzeżeń, co stanowi fundament humorystyki.

Bardzo poważni krytycy sądzą, że figury powieściowe Dickensa, mając wszelkie pozory istot żywych, nie są jednak realne. Uwaga słuszna: figury humorystyczne nie są "realne", lecz są "najprawdopodobniejsze", ponieważ są jakby średnim wypadkiem z wielu rozmaitych obserwacji. Gdyby matematyka lub przyrodnika spytano, która z szeregu liczb: 3, 7, 8 jest najprawdopodobniejszą? odpowiedziałby, że liczba 6, nie będąca żadną z tamtych, lecz ich średnią arytmetyczną.

Toteż umysły wielkich humorystów: Szekspira, Dickensa, rysownika Hogartha* zdają się być jakby średnimi całego mnóstwa najrozmaitszych ludzkich uzdolnień. Humorysta w wielkim stylu niczego nie usiłuje zdobyć, nikogo nie nawraca i nikomu nie ulega; on raczej obserwuje wszystko i wszystkich z pobłażliwym spokojem. Nie uznaje żadnych dogmatów, nie uważa nic za konieczne ani niemożliwe, lecz tylko za prawdopodobne. W stosunku natury trzyma się on tej granicy, z której równie dobrze widać namacalne fakta rzeczywistości jak i mistyczne cienie nadzmysłowego świata. W stosunku do ludzi znajduje się jakby na grzbiecie łańcucha gór, skąd po jednej stronie ciągną się łagodne, zielone stoki, po drugiej skaliste otchłanie, z jednej światło, z drugiej cień, z jednej pogoda, z drugiej słota. Dla takiej wysokości znikają równie dobrze mali jak i wielcy, bogaci jak i ubodzy, mędrcy jak i prostaczkowie, a pozostaje tylko dusza ludzka, jej nikłe radości i łzy ukryte.

Zresztą, na ocenę utworów humorystycznych jest bardzo prosty sposób.

Podajmy jakiej licznej grupie ludzi do czytania "dzieło idealistyczne", np. dramat, poemat albo powieść Wiktora Hugo; czytelnicy idealiści i optymiści będą nim zachwyceni – realiści i pesymiści będą drwili. Podajmy tej samej grupie dzieło satyryczne, np. Koroniarze w Galicji Lama*, a znowu realiści i pesymiści będą cytować z niego całe ustępy, a idealiści i optymiści będą oburzeni.

Lecz dajmy tej grupie czytelników dzieło humorystyczne, np. jakiś utwór Dickensa. I cóż się pokaże? Oto każdy czytelnik, bez względu na to czy jest idealistą i optymistą, czy realistą i pesymistą, powie:

– W niektórych punktach zgadzam się z autorem, w innych mam zdanie przeciwne.

Znaczy to, że humorysta w wielkim stylu nie sądzi rzeczy krańcowo – jak mówi p. Ś. – ale że znajduje się na linii środkowej, równo oddalonej od realizmu i pesymizmu jak i od idealizmu, i optymizmu*.

I kto wie, czy patrząc na świat z tego stanowiska, nie jest najbliższym prawdy? [...]


V

[...] Kiedy zaczynałem pisać, robiłem to częścią instynktownie, częścią przez mimowolne naśladownictwo. Produkcje moje były zbiorem dorywczych obserwacji, kombinowanych zapewne na tle tego, co kiedyś czytałem. Każdy początkujący autor robi to samo.

Swoją drogą taka robota była dla mnie wielkim upokorzeniem. Wiedziałem przecie, że każdy technik budujący np. machinę parową wie, z jakich części musi się składać machina, jaką te części mają formę i wymiary, jak powinny być łączone, ażeby utworzyły całość itd. Tymczasem powieściopisarz buduje swoje machiny tak bezświadomie, jak pszczoły lepią plaster z miodem albo jak kury znoszą jaja.

Wtedy począłem rozpytywać starszych autorów i ci powiedzieli mi, że "na twórczość powieściopisarską nie ma i nie może być prawideł". Wziąłem się do czytania podręczników do kompozycji i zyskałem to, że nic nie zrozumiałem, niczego się nie nauczyłem, a natomiast zacząłem tracić ów bezświadomy instynkt naśladowniczo-twórczy.

Wówczas, zdesperowany, wziąłem się sam do rozstrzygnięcia kwestii: "Czy twórczość literacką można ująć w jakieś ogólne prawidła?" Po kilku latach spostrzeżeń i rozmyślań kwestia zaczęła mi się rozjaśniać, a już w sierpniu r. 1886 porobiłem pierwsze notatki. Dziś samych twierdzeń, wniosków i zagadnień z tej dziedziny mam przeszło 80 arkuszy, niektóre części metody wypróbowałem praktycznie i jeżeli mi Bóg pozwoli, mam nadzieję wydać naukowo opracowaną teorię twórczości literackiej*. Przypuszczam, że znajdą się w niej rzeczy dość nowe.

I właśnie trzeba zdarzenia, że w tych istotnie wyjątkowych warunkach p. Ś. podjął się być... moim profesorem kompozycji i to profesorem surowym, który zarzuca mi nieumiejętność robienia planu i budowania charakterów.

Spomiędzy różnych części machiny nazywającej się utworem literackim zwrócę uwagę na dwie: temat i plan.

Temat (biorę kwestię nie w całej rozciągłości) jest to jakieś zjawisko, które chcemy czytelnikowi przedstawić i wytłumaczyć w powieści. Może więc nim być np. życie jakiegoś człowieka, historia jakiejś instytucji, jakieś uczucie, np. miłość, jakiś fakt społeczny, np. wojna itd., itd.

Temat albo może być wziętym z obserwacji (realizm), albo może być "wymyślonym" (idealizm, tendencja).

Plan zaś nie jest niczym więcej tylko rozwinięciem tematowego zjawiska wedle jego naturalnego przebiegu i koniecznie musi opierać się na obserwacji albo przynajmniej na znajomości ogólnych praw przebiegu zjawisk. Chcąc zatem zrobić plan do tematu: "życie człowieka" – musimy rozbić go na takie części: dzieciństwo, chłopięctwo, młodość, wiek dojrzały, starość. Temat: "wojna" prowadzi do planu: stan narodów przed wojną, wybuch nieporozumień, pierwsze ruchy wojsk, bitwy i działania decydujące, zawarcie pokoju, stan po zawarciu pokoju. I tym podobne.

Im autor lepiej obserwuje, tym jego plany są mniej schematyczne; im ma żywszą fantazję, tym tworzy plany bardziej powikłane. W każdym razie "wymyślać" niewiele potrzebuje, gdyż sam temat prowadzi go jakby za rękę.

Jeżeli jasno rzecz wytłumaczyłem, to czytelnik rozumie, że p. Ś. bez żadnej racji ubolewa nad moją nieumiejętnością robienia planów. Autor tu bardzo mało ma do roboty, prawie ogranicza się na porządkowaniu, gdyż plany robi za niego natura, przyrodzony bieg rzeczy, spencerowskie prawo rozwoju*.

Również bezzasadnym jest twierdzenie p. Ś., że moje charaktery są "zlepkiem kilku charakterów nieraz wyłączających się".

Każdy schemat charakteru składa się z cech typowych, rodzajowych, gatunkowych, podgatunkowych, indywidualnych i przypadkowych. Autor w definicji wylicza niektóre z nich albo wszystkie, a zdrowy rozsądek i obserwacja nie pozwolą mu zestawiać cech sprzecznych, np. głupoty z mądrością, egoizmu z altruizmem, zdrowia z chorobą, wrażliwości z niewrażliwością itd.

Jak zaś łatwą jest konstrukcja charakterów schematycznych, dam przykład:

Biorę jakiś charakter realny, do którego wchodzą następujące cechy: wrażliwość – egoizm – uczucia antypatyczne – fantazja – ukształcenie książkowe – silne afekta – brak zdolności obserwacyjnych – piękność – wymowa – średnia zamożność – kierownictwo jakiejś instytucji – rodzina.

Charakter ten jest wzięty z obserwacji i składa się z 12 cech. Jeżeli zaś zastosujemy do niego formułę Boole'a (rozwijanie funkcji logicznych na szeregi)*, wówczas z tego jednego charakteru możemy otrzymać 4095 nowych charakterów, logicznie możliwych, choć niekoniecznie realnych, tj. niekoniecznie istniejących w naszym kraju i w naszych czasach.

Zarzut więc p. Ś., że ja "zlepiam" charaktery, jest dziecinny. Autor nie potrzebuje nic "zlepiać", tylko obserwować, jeżeli mu chodzi o charaktery realne. Gdyby go zaś zadowolniły charaktery dedukcyjne, schematyczne, to może je tworzyć z taką łatwością, z jaką matematyk pierwszokursista może pisać matematyczne formuły.

Jestem pewny, że kwestii tych p. Ś. nie zna i że nawet w swojej "obszernej bibliotece" nie znajdzie na nie odpowiedzi. Dobrze, niewiadomość nie jest grzechem, ale... z jakiej racji p. Ś. przemawia do mnie jak majster do ucznia? Z jakiej racji narzuca mi swoją własną "duchową krótkowzroczność i umysłowe zawroty głowy"? Z jakiej nareszcie racji robi mnie niesumiennym pracownikiem?