Artur Schopenhauer (1788-1860)

Fragmenty

(Księga I.) "Świat jest moim przedstawieniem" - oto prawda, która ma walor w stosunku do każdej żywej i poznającej istoty, jakkolwiek dopiero człowiek potrafi prawdę tę doprowadzić do refleksyjnej i abstrakcyjnej świadomości. Jeżeli zaś tego dokona, to doszedł do filozoficznej rozwagi. Stanie się dlań wtenczas jasnym i pewnym, że nie zna ani słońca, ani ziemi, lecz zawsze tylko oko, które widzi słońce, rękę, która czuje ziemię, że świat, który go otacza istnieje tylko jako przedstawienie, tzn. istnieje tylko w odniesieniu do czegoś innego, co przedstawia (co żywi przedstawienia), a co jest nim samym. (...)

Żadna prawda nie jest pewniejsza, ani mniej od innych zależna i żadna w tym stopniu nie może się obejść bez dowodu, co ta prawda, że wszystko, co istnieje dla poznania, a więc cały ten świat, jest przedmiotem tylko w stosunku do podmiotu, tylko wyobrażeniem kogoś wyobrażającego, jednym słowem jest przedstawieniem (...).

W tej pierwszej księdze rozpatrywać będziemy świat z określonego wyżej punktu widzenia, tzn. o ile jest przedstawieniem. A jednak wewnętrzna niechęć, z jaką każdy przyjmuje, że świat jest tylko jego przedstawieniem, objawia każdemu, że ten sposób patrzenia, choć jest prawdziwy, to jednak jest jednostronny, zatem uzyskany przez jakąś mimowolną abstrakcję. Z drugiej strony nikt nie może uchylić się od przyjęcia tego twierdzenia. Otóż jednostronność tego sposobu patrzenia zostanie uzupełniona przez drugą księgę pewną prawdą, która nie jest tak bezpośrednio pewna, jak ta, od której tu wychodzimy, lecz do której tylko głębsze badanie (...) może doprowadzić; (...) a mianowicie tą prawdą, że każdy powiedzieć może i musi: "świat jest moją wolą".

(Księga II.) Nie moglibyśmy w istocie nigdy odkryć szukanego znaczenia świata, który mi się przeciwstawia wyłącznie tylko jako moje przedstawienie, czyli nie znaleźlibyśmy nigdy przejścia od świata, jako przedstawienia podmiotu poznającego, do tego, czym on jest jeszcze poza tym, gdyby badacz nie był sam niczym więcej, jak tylko poznającym podmiotem (skrzydlatą głową anielską, bez ciała). Otóż tkwi on tymczasem sam w tym świecie; znajduje siebie samego w nim, jako indywiduum, tzn. jego poznanie, które jest warunkującym podłożem całego świata, jako przedstawienie, dochodzi samo do skutku za pośrednictwem pewnego ciała, którego afekcje - jak to wykazałem - stanowią dla rozumu punkt wyjścia dla wyobrażenia tego świata. Owo ciało jest dla czysto poznającego podmiotu, jako takiego, przedstawieniem, jak każde inne, jest przedmiotem między przedmiotami. Ruchy i czynności tego ciała poznaje on z tego punktu widzenia nie inaczej, jak wszystkie inne wyobrażalne przedmioty. Byłyby one dla niego tak samo obce i niezrozumiałe, gdyby ich znaczenie nie było mu odkryte na zgoła innej drodze. Gdyby nie to, wówczas całkiem tak samo patrzyłby na to, jak jego działanie z danych motywów ze stałością prawa przyrody powstaje, jak patrzy na zmiany innych przedmiotów, wobec przyczyn, podniet, motywów. Nie zrozumiałby jednak wpływu motywów lepiej, niż związku jakiegokolwiek zjawiającego mu się skutku z jego przyczyną. Nazywałby w takim razie wewnętrzną niepojętą dlań istotę czynów i działań swego ciała, tak samo wedle upodobania, siłą, jakością, lub charakterem, lecz nie posiadałby bliższego wglądu w tę istotę.

Tymczasem tak nie jest wcale. Przeciwnie, słowo rozwiązujące zagadkę, jest dane zjawiającemu się, jako indywiduum podmiotowi poznania, a brzmi ono: wola. Ono i ono tylko daje mu klucz do zjawiska jego własnej osoby, odkrywa mu znaczenie i okazuje mu wewnętrzny bieg jego istoty, jego działania, jego ruchów. Podmiotowi poznania, który przez swą identyczność z ciałem występuje, jako przedstawienie za pomocą ujętego w karby rozumu wyobrażenia, jako przedmiot między przedmiotami, podlegający prawom rządzącym nimi; równocześnie jednak jest dane po drugie, w sposób całkiem inny: jako to, co każdemu jest bezpośrednio znane, a co oznacza słowo wola. Każdy rzeczywisty akt woli podmiotu jest też natychmiast nieuchronnie ruchem jego ciała: nikt nie może tego aktu naprawdę chcieć, żeby równocześnie nie spostrzegał, że się ten akt zjawia jako ruch ciała. Akt woli i czynności ciała nie stanowią dwóch różnych, poznanych obiektywnie stanów, powiązanych związkiem przyczynowym; nie stoją one w związku przyczynowym, lecz są jednym i tym samym, danym jednakże w dwa różne sposoby, mianowicie: raz, całkiem bezpośrednio, drugi raz w wyobrażeniu dla rozumu. Działanie ciała nie jest niczym innym, jak zobiektywizowanym, tzn. danym w wyobrażeniu aktem woli.

W dalszym ciągu okaże się nam, że odnosi się to do wszelkich ruchów ciała, i to nie tylko tych, które wypływają z motywów, lecz i mimowolnych, które z samych podniet wypływają, słowem, że całe ciało nie jest niczym więcej, jak zobiektywizowaną, tzn. przeistoczoną w przedstawienie wolą.

W pierwszej księdze, choć z wewnętrzną niechęcią, określiliśmy własne nasze ciało, tak jak i wszystkie przedmioty tego wyobrażalnego świata, wyłącznie jako przedstawienia poznającego podmiotu. Obecnie stało się nam jasnym to, czym w świadomości każdego różni się przedstawienie jego własnego ciała od wszystkich innych przedstawień, zresztą takich samych, jak ono. Różni się mianowicie tym, że ciało występuje w świadomości jeszcze w pewien całkiem inny, toto genere odmienny sposób, który oznacza się słowem wola. Stało się też rzeczą jasną, że to podwójne poznanie naszego ciała dostarcza nam takiego wyjaśnienia jego działania i poruszania się wobec motywów, jako też jego biernych doznań wobec zewnętrznego oddziaływania, słowem wszystkiego tego, czym ciało nasze jest, nie jako przedstawienie, lecz czym nadto jest s a m o w sobie, jakiego to wyjaśnienia bezpośrednio odnośnie do istoty, działania i biernych doznań wszystkich innych przedmiotów uzyskać nie możemy (...).

Wyjaśniwszy obecnie owo dwojakie, na dwa całkowicie różne sposoby dane poznanie istoty i działanie naszego ciała, posłużymy się nim, jako kluczem do zbadania istoty każdego zjawiska w naturze. Będziemy każdy przedmiot, który nie jest naszym ciałem, a zatem nie jest dany naszej świadomości na dwa sposoby, lecz wyłącznie tylko jako przedstawienie oceniali według analogii z naszym ciałem. Będziemy zatem przyjmowali, że podobnie jak owe przedmioty z jednej strony są zupełnie tak, jak nasze ciało przedstawieniami i pod tym względem z naszym ciałem jednorodne, że także z drugiej strony, jeśli usunie się na bok ich istnienie, jako przedstawień, to wówczas to, co pozostanie, musi być w swej wewnętrznej istocie tym samym, co w nas samych nazywamy naszą wolą. Jakiż bowiem inny sposób istnienia lub realności mielibyśmy reszcie świata cielesnego przypisać? Skąd wziąć elementy, z których moglibyśmy zbudować? Prócz woli i przedstawień nie znamy niczego i nic innego nie da się pomyśleć. Jeśli chcemy przypisać światu cielesnemu, który istnieje bezpośrednio tylko w naszym przedstawieniu, najwyższy ze znanych nam stopni realności, to nadajemy mu tę realność, jaką dla każdego posiada jego własne ciało: jest ono bowiem dla każdego rzeczą najrealniejszą. Gdy jednak realność tego ciała i jego czynności analizujemy, to poza tym, że jest ono naszym przedstawieniem, nie znajdujemy w nim nic, jak tylko wolę; w tym wyczerpuje się cała jego realność. Nie możemy więc nigdzie znaleźć żadnej innej realności, byśmy ją mogli światu ciał przypisać. Jeżeli więc świat cielesny ma być czymś więcej, niż tylko naszym przedstawieniem, to musimy stwierdzić, że jest on poza przedstawieniem, a więc sam w sobie i w najwewnętrzniejszej swej istocie tym, co odkrywamy bezpośrednio w nas samych jako wolę.

Kiedy człowiek wyobrazi sobie w przybliżeniu sumę nieszczęścia, bólu i cierpień wszelkiego rodzaju, jaką słońce ogląda w swym biegu, będzie musiał przyznać, iż byłoby znacznie lepiej, gdyby na ziemi, tak jak na księżycu, nie zdołało ono wywołać zjawiska życia, a powierzchnię ziemi, podobnie jak powierzchnię księżyca, pokrywały jedynie kryształy.

Nasze życie też można ująć jako niepotrzebny epizod, Zakłócający błogi spokój nicości. W każdym razie nawet ten, komu powiodło się znośnie, poznaje w miarę życia coraz wyraźniej, że w całości wzięte życie jest "rozczarowaniem, zaprzeczeniem, oszustwem" lub mówiąc dobitnie, że nosi ono piętno wielkiej mistyfikacji, by nie rzec: szalbierstwa. Kiedy dwaj przyjaciele młodości spotykają się po długiej rozłące jako starcy, wówczas dominującym uczuciem, jakie wywołuje w nich wzajemny widok przyjaciela, z którym wiąże się wspomnienie młodości, jest uczucie całkowitego disappointment całym życiem, które niegdyś, w różowej jutrzence młodości tak pięknie się przed nimi rozpościerało, tak wiele obiecywało, tak mało zaś dotrzymało. Uczucie to do tego stopnia wybija się na pierwszy plan podczas ich spotkania, że nie czują nawet potrzeby wyrażania go słowami, lecz przyjmują je obaj za cichą przesłankę i toczą na tej bazie dalszą rozmowę.

Kto przeżył dwa lub zgoła trzy pokolenia, temu tak jest na duszy, jak widzowi, który przypatrując się różnym popisom kuglarzy w jarmarcznych budach pozostaje na miejscu i ogląda ten numer dwa lub trzy razy po kolei; sztuczka była, mianowicie, obliczona tylko na widowisko jednorazowe i dlatego nie robi już wrażenia, skoro złudzenie i nowość prysły.

Szaleństwo ogarnia, kiedy ogląda się rozrzutną obfitość zbędnych urządzeń, niezliczone gwiazdy płonące na nieskończonym firmamencie, które nie mają więcej do roboty, jak przyświecać światom, będącym padołem nieszczęść i płaczu, a w najszczęśliwszym przypadku siedliskiem nudy - przynajmniej wnioskując z tej próbki, która jest nam znana.

Nie ma komu bardzo zazdrościć, wielu jest, których trzeba bardzo żałować.

Życie, pensum do wykonania; w tym sensie defunctus (zmarły) jest ładnym określeniem.

Wyobraźmy sobie, że akt płciowy nie jest ani potrzebny, ani nie towarzyszy mu rozkosz, lecz że jest to tylko sprawa czystej, rozsądnej kalkulacji. Czy wówczas mógłby jeszcze istnieć ród ludzki? Czy raczej nie miałby każdy tyle współczucia dla przyszłych pokoleń, by oszczędzić im ciężaru istnienia lub czy miałby choć odwagę narzucić je im z zimną krwią?

Świat jest mianowicie piekłem, a ludzie są na nim z jednej strony cierpiącymi duszyczkami, a z drugiej diabłami.

Znowu pewnie usłyszę, że filozofia moja nie przynosi żadnej pociechy - ponieważ mówię tylko rzeczy zgodne z prawdą, ludzie zaś chcieliby usłyszeć, że Pan Bóg urządził wszystko jak najlepiej. Idźcie do kościoła i zostawcie filozofów w spokoju. Nie wymagajcie przynajmniej, by stosowali swoje nauki do waszych wymagań; tak postępują tylko łajdaki, filozofastrzy, u nich możecie sobie zamówić doktrynę, jaką chcecie.

Brahma tworzy świat niejako na skutek grzechu pierworodnego lub zbłąkania, ale za to sam pozostaje na świecie, by odpokutować ten czyn, dopóki się z niego nie wyzwoli. Bardzo dobrze! W buddyzmie po długotrwałej ciszy powstaje świat na skutek niewytłumaczalnego zamącenia niebiańskiej przejrzystości błogosławionego stanu nirwany, osiągniętego przez pokutę, a więc na skutek swego rodzaju fatalności, którą jednak w istocie rzeczy należy rozumieć moralnie, choć proces ten znajduje też dokładne odbicie i odpowiednik swój w zjawiskach fizycznych dzięki niepojętemu powstaniu prakosmicznej mgławicy, która przeradza się w słońce. Potem jednakże na skutek błędów moralnych świat staje się też pod względem fizycznym stopniowo coraz gorszy, aż wreszcie przyjmuje smutną dzisiejszą postać. Znakomicie! Dla Greków świat i bogowie byli dziełem niezgłębionej konieczności - to brzmi znośnie, zadowala nas do pewnego stopnia. O r m u z d toczy walkę z Arymanem - tego da się słuchać. Ale żeby taki Bóg Jehowa z własnego popędu i z lekkim sercem stworzył ten padół nędzy i rozpaczy, a potem jeszcze sam siebie podziwiał (...) Pod tym więc względem religia żydowska stoi, jak widać, na najniższym szczeblu wśród religii ludów cywilizowanych, zgadza się to zaś z faktem, że jest to jedyna wiara, która nie zawiera ani śladu nauki o nieśmiertelności duszy.

Nawet gdyby słuszny był wywód Leibniza, iż spośród wszystkich możliwych światów, ten, który istnieje, jest najlepszy, to i tak nie było teodycei. Stwórca stworzył bowiem nie tylko świat, ale również samą możliwość: powinien był ją więc tak urządzić, by dopuszczała świat lepszy. Ale w ogóle przeciwko takiemu ujęciu świata jako udanego dzieła istoty przemądrej, arcydobrej, a zarazem wszechmocnej przemawia zbyt silnie z jednej strony zło, którego na nim pełno, z drugiej zaś, oczywista niedoskonałość i wręcz karykaturalność najdoskonalszego z jej stworzeń - ludzi. Tu tkwi dysonans nie do usunięcia. A tymczasem właśnie te instancje przyklasną nam i posłużą za przykład, gdy potraktujemy świat jako dzieło przez nas samych zawinione, czyli jako coś, czego lepiej by w ogóle nie było. Podczas gdy przy pierwszym ujęciu zjawiska te stają się oskarżeniem wymierzonym w Stwórcę i dają powód do sarkastycznych uwag, przy drugim występują z oskarżeniem wobec istoty nas samych i wobec naszej woli, z oskarżeniem, które nas hańbi. Dzięki nim odkrywamy bowiem, że podobnie jak dzieci lekkomyślnych ojców, przychodzimy na świat od początku zadłużeni i że wiedziemy tak nędzną egzystencję, ze śmiercią jako finałem, tylko dlatego, że stale spłacać musimy ten dług. Nie ma nic bardziej pewnego niż to, że - ogólnie mówiąc - właśnie ciężki grzech świata pociąga za sobą liczne i wielkie cierpienia na świecie; przy czym idzie nie o związek fizyczny, empiryczny, lecz o powiązania metafizyczne.

A. Schopenhauer, Die Welt als Wille und Vorstellung.
W: (red.) K. Ajdukiewicz, Główne kierunki filozofii, Lwów 1923, s. 235-239.
Parerga und Paralipomena, t. II. W: J. Carewicz, Schopenhauer, Warszawa 1970, s. 180-183.

Lista